Witajcie!

Z braku czasu (szkola itd, itp) nie mam możliwości dodawania nowych wpisów na bloga, które zawsze pochłaniały mnóstwo mojego czasu. Myślę, że nie ma sensu wstawiania już czegokolwiek, więc będzie ten blog istniał, lecz nie będzie kontynuowany (może kiedyś).

Staram się skończyć tą książkę i chciałabym ją wydać. Co o tym sądzicie? Znajdzie ona jakichś odbiorców? Zainteresuje się nią jakieś wydawnictwo? W ogóle chciałabym znać Wasze zdanie na temat tego czy warto, bo nie potrafię sama ocenić mojej twórczości. Dziękuję za rady jeżeli takie odbiorę i przepraszam za brak czasu. :c

Pozdrawiam Was wszystkich cieplutko i jeżeli kiedykolwiek udałoby mi się wydać cokolwiek, jeżeli chcielibyście (moi stali czytelnicy) przeczytać ją w całości dałabym radę Wam ją wysłać pocztą ( nie -emailem, zwykłą :) ) za darmochę. Za to Wasze dobre serce i chęć oceniania i pomoc w mojej twórczości.

Nadia :*

Opublikowano Bez kategorii | 9 komentarzy

Rozdział VII cz.II

Szli w kierunku bramy, która na nieszczęście była zamknięta.

- O nie! – powiedziała Nadia zrezygnowanym głosem – będziemy musieli poczekać do zmierzchu, aby nas wpuścili.

- Spokojnie maleńka. Uratuje cię – dziewczyna spojrzała zdziwiona na chłopca. Uśmiechnął się do niej nieśmiało – no so? Mój ojciec tak mówi do mamy – Nadia zaśmiała się głośno – jestes tlochę fajna, wies? Dlatego ci pomogę – ześlizgnął się z konia co bardzo wystraszyło Nadię, ale już po chwili odetchnęła z ulgą, bo chłopiec najwidoczniej był mistrzem w łażeniu po wszystkim co wysokie i śliskie. Mały złapał Nadię za rękę i pociągnął ją szybko w stronę strażników pilnujących bramy.

- Ceść dluhu! – zawołał do żołnierza ubranego w zbroje i czerwony płaszcz opierającego się o ścianę i czyszczącego swój miecz.

- Witaj Szerim. Gdzie ty się brzdącu podziewałeś co? – uśmiechnął się do małego i podał mu kawałek suchego chleba z torby leżącej obok okrągłej tarczy.

- A tak tlochę podlózowałem sobie – mówił nieśmiało wywijając nogę w kostce i pocierając małe dłonie. Strażnik zaśmiał się i powiedział.

- To już czwarty raz w tym tygodniu. Teraz będę musiał powiedzieć o tym twojej matce.

- Nie! Plosę nie mów jej… – uśmiechnął się przyjaźnie jak gdyby chciał żołnierza zaczarować swoim urokiem. Na mnie by to zadziałało! – pomyślała Nadia.

- Przykro mi Szerim – strażnik miał taki wyraz twarzy jakby naprawdę żałował tego, że musi donieś na chłopca jego matce – a to kto? – spojrzał na dziewczynę z wierzchowcem.

- Jestem Nadia – powiedziała nieśmiało.

- Ona mnie odnalazła i pomogła wlócić – wtrącił się Szerim zwracając tym samym na siebie uwagę Strażnika.

- Dziękuję za pomoc droga pani – żołnierz ukłonił się lekko.

- E tam! – Nadia machnęła obojętnie ręką – nie ma sprawy – powiedziała czerwieniąc się. Cholera! Co jest ze mną nie tak?! Dziwiło ją to, że rumieniła się jak głupia. Może strażnik był młody i przystojny, ale żaden mężczyzna nigdy na nią tak nie zadziałał, więc to nie może być powód. Kolejne działanie smoczej siły? Nie może być! Strażnik nawet nie zwrócił uwagi na jej dziwny wygląd.

- Wpuscis nas? – zapytał Szerim błagalnym głosem.

- Wiesz, że nie powinienem – Strażnik ciągle przyglądał się Nadii jakby był nią urzeczony – ale zrobię dla was wyjątek – podszedł do bramy i zawołał – otwórzcie bramę! Szerim znów „tlochę podlózował” – usłyszeli cichy, przyjazny śmiech innych strażników, a chwilę później brzęk otwieranej bramy.

- Dziękuję dluhu! – Szerim podskoczył radośnie i przytulił strażnika.

- Pilnuj młodego – powiedział do Nadii – a pani życzę miłego dnia – ukłonił się ponownie i uśmiechnął się do niej, a ta (o zgrozo!) znów się zarumieniła i łagodnie uśmiechnęła. Czy ja z nim flirtuję?! – Zapytała samą siebie. Szerim wziął Nadię za rękę co bardzo ją ucieszyło i razem weszli do miasta w którym panował jarmarczny zgiełk. Przystanęli chwilkę, a chłopiec przyglądając się łobuzersko dziewczynie powiedział.

- Spodobałaś się tlochę mojemu dluhowi, wies?

- Szerim przestań! – trąciła przyjaźnie towarzysza. Mały zaczął się śmiać w swój uroczy sposób.

- Tlochę cię lubię i mas fajne ocy – powiedział prosto z mostu co spowodowało zdziwienie na twarzy Nadii. Ten mały jest niemożliwy!

- Też cię trochę lubię, ale teraz musimy odnaleźć twoich rodziców – połaskotała chłopca wywołując u niego śmiech prosiaczka.

- Sam ich pózniej odnajdę. Telas idziemy do bibjoteki. Chodz – szarpnął dziewczynę za rękę i nie dał jej tym samym wyboru. Musiała biec, aby dotrzymać kroku Szerimowi, a koń bardzo utrudniał jej przemieszczanie się. Przebiegli przez środek targu słysząc nawoływanie sprzedawców, aby ktoś kupił ich towary i przystanęli dopiero przed dosyć dużym budynkiem z wielkim napisem „Pustelnia Włóczni” nad drewnianymi, starymi drzwiami. Nadia oparła ręce o kolana i dyszała ciężko.

- Zmęcyłas się? – zapytał zdziwiony Szerim, który nawet nie odczuł skutków ubocznych tak długiego biegu.

- Trochę – zaśmiała się przypominając sobie, że chłopiec ciągle używa tego słowa i chyba jej też się to zaczęło udzielać. Podniosła wodzę w górę i powiedziała – koń mi ciążył – chłopiec wziął wierzchowca od dziewczyny i przywiązał obok budynku do solidnej beli wbitej w ziemię. Złapał za rękę i pociągnął zmarnowaną dziewczynę do środka biblioteki. „Pustelnia Włócznia” była ogromnym pomieszczeniem wypełnionym starymi księgami poukładanymi alfabetycznie na milionie drewnianych półek. Kilka kroków przed wejściem stało przepiękne biurko, a za nim czytając „Orszak Książąt” siedział chudy, starszy mężczyzna z grubymi szkiełkami w okularach. Spojrzał znad patrzałek i wstał odkładając delikatnie książkę. Zielono-niebieski strój w postaci szaty przywodził na myśl szalonych czarodziejów, o których Nadia wiele słyszała w Kedarn.

- Proszę wnieść opłatę i wybrać książkę – powiedział piskliwym głosem recytując beznamiętnie słowa, które zapewne wypowiadał setki razy dziennie. Psiakrew! Nie mam nawet jednego miedziaka! Nadia zaczęła się wycofywać, kiedy usłyszała jak jej towarzysz rozmawia z mężczyzną.

- Plosę o to opłata – podał starszemu człowiekowi monetę – Nadia chodz – odwrócił się do niej i uśmiechnął nieśmiało. Smoczej Siostrze zrobiło się strasznie głupio, że chłopiec musiał wydać swoje prawdopodobnie jedyne pieniądze, aby ona mogła zaspokoić swoją ciekawość. Uśmiechnęła się do Szerima i przytuliła go mocno.

- Nie musiałeś mały – oczy jej się zaszkliły i przytuliła go jeszcze mocniej.

- To tlochę dziwne… – powiedział zmieszany, ale odwzajemnił uścisk – zalobiłem to u kowala, ale i tak mi powiedział, ze się nie nadaję, więc dał mi tylko tyle. Jestem tlochę za mały podobno – zasmucił się, a Nadia poczuła, że z żalu pęka jej serce.

- Może i jesteś mały, ale za to masz wielkie serce – uśmiechnęła się do chłopca, a ten odwzajemnił przyjazny gest.

- Dobla! Dosyc tego niuniania się – znów ją zaskoczył słownictwem – kolejne powiedzonko mojego ojca – uśmiechnął się zadowolony z siebie i poszedł w stronę półek z pokrytymi kurzem księgami. Nadia pociągnęła nosem zamykając oczy. Uwielbiam ten zapach! – cego sukamy?

- Chyba słownika z elfickim językiem.

- Usiądz, a ja cos znajdę. Tlochę tu fajnie. Nigdy tu nie byłem – zagadywał Nadię, a ta usiadła przy wielkim okrągłym stole stojącym pośrodku izby. Po chwili chłopiec niósł z trudem jakiś wielki tom, a Nadia wstała energicznie, aby mu pomóc.

- Siedz! Jestem męscyzną, a ty kobietą. Musę cię wylęcac z nosenia psecies – położył, a raczej upuścił księgę na stół wzbijając w powietrze snopy kurzu. Kucnął na krześle obok Nadii i oparł się łokciami na stole, aby móc zaglądać co robi jego towarzyszka. Nadia wertowała książkę z elfickim tytułem szukając słów wypowiadanych przez nieprzytomnego elfa.

- Aina… – poszukała słów na literę „A” i po dłuższej chwili znalazła – Aina to znaczy święty – odnalazła wyrazy na „N” – nole to znaczy wiedza. Teraz arato… – wróciła do przedziału z literą „A” i jadąc palcem po wyrazach odszukała mówiąc na głos – arato to znaczy Mistrz. Jeszcze band – przerzuciła kilka stron i odnajdując potrzebne słowo powiedziała – band to znaczy więzienie… – podniosła głowę znad grubego tomu i zmarszczyła brwi zastanawiając się co elf chciał jej przekazać powtarzając właśnie te słowa – Aina, nole, arato, band… – podrapała się po głowie jakby to je miało pomóc – święty, wiedza, Mistrz, więzienie.. – powtórzyła to jeszcze kilka razy, kiedy spostrzegła się, że Szerim patrzy na nią z zaciekawieniem – o co chodzi mały? – zapytała przyjaźnie.

- A to tlochę znacy jakby jakis mądly, swięty Misc był w więzieniu – Nadia poczochrała i tak już poczochraną fryzurę chłopca. Mądre dziecko.

- Tak tylko, że Mistrz o którym można by mówić niestety nie żyje – uśmiechnęła się blado nie chcąc martwić towarzysza.

- Psyklo mi – przytulił Nadię z czułością.

- No nic. Musimy już iść. Dziękuję, że mi pomogłeś, ale muszę już wracać do… domu – powiedziała nie chcąc zdradzać zbyt wielu szczegółów.

- Musis? – odrzekł ze smutkiem w głosie – bo wies, ja cię tlochę lubię i chciałem się z tobą pobawić – spuścił głowę co bardzo zmartwiło Nadię, ale nie mogła tu dłużej zostać.

- Następnym razem dobrze mały? – szturchnęła Szerima, który znów stał się wesołym brzdącem.

- Obiecujes?

- Obiecuję – przyłożyła rękę do serca. Nie była pewna czy zdoła dotrzymać obietnicy, ale nie chciała zabijać nadziei w sercu tego chłopca.

- To tlochę fajnie – uśmiechnął się szeroko – musę jus isc do domu. Cesc siostlo – przytulił Nadię i wybiegł z biblioteki pozostawiając ją z wieloma pytaniami na które chciała znać odpowiedzi, lecz bała się tej wiedzy. Odłożyła księgę, podziękowała starszemu człowiekowi i wyszła na jasno oświetlone Serrinville. Odwiązała wierzchowca i przeszła przez targ, który ani trochę nie ucichł ciągle rozmyślając czy mogłaby jakoś pomóc Szerimowi i dzieciom takim jak on. Zdziwiło ją to, że nikt się na nią dziwnie nie patrzył. Najwidoczniej taki wygląd był tu codziennością. Poprosiła strażnika, aby ją wypuścił i nie wiedząc czemu zgodził się choć miał surowy zakaz. Chyba naprawdę mu się spodobałam.

- Dziękuję – obdarowała żołnierza uśmiechem – pilnuj proszę Szerima. To dobry dzieciak – wsiadła na konia i ruszyła w drogę powrotną do obozu, w którym przesiadywali razem z Bardalem i elfem. Była ciekawa czy mężczyzna ocknął się już i czy będzie w stanie wytłumaczyć jej znaczenie słów, które wypowiadał przez sen. 

 

***

 

Pomieszczenie było niewielkie i prawdopodobnie wietrzone było dawno temu, więc czuć było pot wystraszonych zakonników pomieszany z kadzidłowym dymem. Przeor Lucjan siedział na swoim ogromnym krześle z czerwoną poduszką. Jego twarz była beznamiętna, a usta były zaciśnięte tworząc długą, cienką kreskę. Wpatrywał się gniewnie w jednego z braci, a dwóch innych zakonników sterczało już dosyć długo po bokach jego drzwi, aby zaczęli słaniać się ze zmęczenia i znudzenia na nogach.

- Więc nie udało się przejąć listu Mistrza Maru?

- Niestety nie mój Panie – zakonnik pocił się nerwowo i pocierał dłonią o dłoń. Nie patrzył w oczy Przeora, ponieważ był zbyt wystraszony i przejęty – przykro mi.

- Przykro ci?! – wrzasnął, a rugany mnich podskoczył na dźwięk jego potężnego głosu – nie toleruję źle wykonywanych zadań. Czeka cię kara – machnął ręką na stojących przy drzwiach zakonników i powiedział – zabierzcie tego nieudacznika. Wiecie co z nim zrobić – bracia nie ruszyli się ani o krok, a na ich twarzach malowało się zaskoczenie. Przeor Lucjan westchnął głęboko – nowi? Weźcie tego łachudrę i zlejcie go porządnie. Mam nadzieję, że wiecie gdzie jest pomieszczenie do wykonywania takich kar? – zakonnicy pokiwali bojaźliwie głowami co nie wskazywało nawet czy tak naprawdę wiedzą gdzie jest ta izba tortur czy tylko udają, aby uniknąć gniewu Przeora. W tym czasie skazany na biczowanie zaczął się trząść i jęczeć. Wzięli go pod boki, a uśmiechający się kpiąco Przeor powiedział – Przykro mi.. – zaniósł się głośnym śmiechem mrożącym krew w żyłach, kiedy zakonnicy wynosili drącego się i wołającego o pomoc mnicha.  

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 9 komentarzy

Wybaczcie!

Wybaczcie mi, ale dłuuugo dłuuugo nie pojawi się nowy rozdział. Szkoła się zaczęła i nauczyciele, którzy zawsze nas tak bardzo mocno kochają zadają nam mnóstwo do domu -.-. Niestety nie mam czasu na pisanie i sama wena ucieka mi już przy uczeniu się, ale myślę, że dziś dodam jeszcze jeden wpis, a kolejny zapewne dopiero w święta jak będę miała wolne.

Bardzo przeprasza i ściskam Was mocno! Nadia :)

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Chciałam podziękować wszystkim za Wasze komentarze i miłe słówka. Cieszę się, że podoba się Wam to co piszę. Zawsze marzyłam o tym, aby dobrze pisać, a może nawet wydać jakąś książkę. Ciągle się uczę i doskonale swój warsztat. Dzięki Wam i mojemu chłopakowi, któremu zawdzięczam wiele pomysłów związanych z miłością oczywiście, których jeszcze nie opublikowałam robię to z ogromną przyjemnością, a nie z przymusu jak dawniej. Wiele w życiu przeszłam pomimo młodego wieku i to spowodowało, że poddawałam się zanim cokolwiek zaczęłam. Dopiero kiedy odnalazłam tak cudownego mężczyznę jakim jest Mój Ukochany Michał postanowiłam walczyć o swoje marzenia. Dlatego założyłam tego bloga, aby upubliczniać moje wypociny, które nie należą do najlepszych, ale są prosto z serca. Dzięki Waszym komentarzom, które są ogromną motywacją inaczej patrzę na moje „dzieła”. Wcześniej nic nikomu nie pokazywałam, bo myślałam I tak nikogo to nie interesuję, więc daruję sobie… a teraz przy każdym napisanym przeze mnie słowie, myślę a nóż, widelec komuś się spodoba. Tak jak kilku osobom na moim blogu. 

Myślę, że mogłabym każdemu z osobna podziękować za motywację i ogromny kopniak w tyłek. :)

Najpierw podziękowania należą się Akallondorowi, czyli Piotrowi, który jest właścicielem 
http://tajemnicaarchaniolow.blog.pl/
. To był pierwszy blog na którego weszłam po założeniu własnego. Świetne, mądre teksty poruszające tematy religijne oraz moralności. Piotr był także pierwszą osobą, która skomentowała moje wypociny i to jak pozytywnie! Oczywiście dziękuję za wytknięte błędy ( i przyznaję nadal nie potrafię odróżnić gdzie powinnam wstawić akapit -.- ). Piotr jako pierwszy dodał mi ogromny zastrzyk motywacji, który prawdopodobnie był najważniejszy, ponieważ gdyby nie On i jego szczera opinia może przestałabym pisać. Kto wie!

 

Następnie pragnę podziękować HauntedGirlktóra jest właścicielką dwóch wspaniałych blogów 
http://hauntedgirl.blog.pl/
oraz 
http://nieznajoma.crazylife.pl/. 
HauntedGirl wraz z carolineline (http://www.miasto-desperatow.blog.pl/)  spowodowały, że na moich plecach wyrosły niewidzialne skrzydła, które unosiły mnie gdzieś w bajkowym świecie z których czerpałam inspirację. Dzięki opinii, którą obydwie wystawiły mówiąc, że czyta im się moje słowa jak książkę znanej pisarki. Bardzo mi tym pochlebiły i nie powiem, że nie, ale tymi słowami połaskotały mnie po mojej duszy i w jednej chwili przez myśl przebiegło mi A może mam szansę naprawdę spełnić swoje marzenie i wydać książkę?  Niestety zgubiłam jakoś ich kontakt, ponieważ zaprzestały dodawać nowe notki, co bardzo mnie zasmuciło. :(

 

Pragnę podziękować także @Ewelce, właścicielce bloga 
http://lifeisfullofsurprises.blogujaca.pl/
, który urzekł mnie już po pierwszym rozdziale. Zaskoczona byłam tym jak zgrabnie dobiera słowa i potrafi mnie rozśmieszyć słowami pisanymi. A o to jest naprawdę bardzo trudno. Dziękuję Ci Ewelko za szczerą opinię pod większością moich rozdziałów. Gdyby nie Ty zapewne mój blog, by już nie istniał. Dziękuję Ci z całego serca za komentarze w których widziałam jak bardzo interesujesz się tym co napiszę, co wydarzy się w kolejnym rozdziale, jak potoczą się losy głównej bohaterki. Wielka piąteczka dla Ciebie za to zainteresowanie ! :)

 

Jest jeszcze ~Selavia~, która prowadzi bardzo wciągający blog, a mianowicie 
http://anielska-istota.blog.pl/. 
Zakochałam się w Twoim stylu pisania. Jest po prostu świetny i taki przyjemny, że chce się czytać i czytać i czytać. Tobie także ogromnie dziękuję za szczere zainteresowanie losami bohaterów. Twoje komentarze to naprawdę mocny kopniak w tyłek! :)

Dziękuję także wszystkim, którzy przewinęli się przez mój blog i nie zostawili po sobie śladu lub pozostawili nieznaczny, ale jakże ważny dla mnie ślad. Jesteście dla mnie Aniołami Twórczości, które czuwają nad moją motywacją i kiedy tylko zaczynam wątpić w sens istnienia tego bloga Wasze słowa pobudzają mnie do działania. Niewielka jest Was grupka, ale mam nadzieję, że za jakiś czas będę mogła podziękować kolejnym osobom. :)

Całuję, Nadia + dedykuję Wam tych kilka ślicznych piosenek <3 Piosenki Dżemu wyrwały mnie z depresji, może i Wam pomogę jeżeli ktoś jest w trudnej sytuacji. Łezka kręci się w oku. :( 



Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | 4 komentarzy

Rozdział VII cz. I

Aina… nole… arato… band. – Mężczyzna uratowany przez Nadię majaczył i rzucał się przez sen, co bardzo niepokoiło dziewczynę, lecz to było do przewidzenia w końcu miał wysoką gorączkę. Siedziała przy nim przez cały czas, od kiedy ukryli się głęboko w lesie i zatamowali krew sączącą się z jego ran. Mężczyzna nadal nie odzyskał przytomności, więc Nadia czuwała przy nim gdyby się ocknął i wtedy mogłaby go nakarmić. Musi jak najszybciej nabrać sił, ponieważ już dawno powinni ruszyć w dalszą drogę do Dworu Epongrana, a sterczą w tym lesie już od paru dni, bo nieprzytomny człowiek w podróży byłby ciążącym balastem i mógłby przykuć czyjąś uwagę. Bardal troszczył się o to, aby nie byli głodni i aby było im ciepło. Krzątał się cały dzień od świtu do zmierzchu przy ognisku i zagłębiał się kilkakrotnie w las, aby upolować jakąś zwierzynę. Jedynie, kiedy naprawdę było już ciemno przysiadał się do Nadii i w milczeniu powoli zasypiał. Jednak nie dzisiejszej nocy, kiedy nieprzytomny człowiek zaczął powtarzać słowa w jakimś dziwnym języku Bardal z Nadią nie mogli zasnąć martwiąc się o chorego oraz zastanawiając się, co te słowa oznaczają.

- Jak myślisz w jakim to jest języku? – zapytała szeptem Nadia.

- Wydaję mi się, że w jego ojczystym. Można stwierdzić po jego wyglądzie, że z pochodzenia jest elfem albo półelfem – odpowiedział szeptem Bardal.

- Fakt… – Rzeczywiście młody mężczyzna miał spiczaste uszy i piękne, fioletowe włosy. Nawet gdy spał biła od niego taka uroda jakiej Nadia nigdy nie widziała. Jego porcelanowa twarz pomimo wielu zadrapań i ran nadal była miękka i gładka. Miał długie, zgrabne palce i smukłe ramiona. Obdarzony był kobiecą figurą, lecz to w nim utwierdzało jeszcze większą męskość. Ubranie miał poszarpane, ale po dotknięciu tkaniny z której był zrobiony jego strój przywodził na myśl królewski jedwab choć to niemożliwe, aby ten mężczyzna był Królem czy kimś równie ważnym. Stopy miał bose i Nadia zastanawiała się czy elf chodzi bez obuwia czy po prostu wieśniacy mu je zabrali.

- Aina… nole… arato… band. – Kolejna fala majaczenia, grymas bólu na twarzy mężczyzny wywołał u Nadii żal w sercu. Wstała z miejsca i urwała kawał materiału ze swojej tuniki, namoczyła zimną wodą z bukłaka Bardala i położyła chłodny okład na rozpalone czoło elfa. Jego twarz złagodniała, a zmarszczki wokół oczu spowodowane bólem rozprostowały się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

- Chciałabym wiedzieć co on mówi. Ciągle powtarza te same słowa, a ja już znam je na pamięć. – Zmarszczyła brwi w zastanowieniu.

- Pewnie gada jakieś bzdury… ma gorączkę chłop, więc to jest uzasadnione prawda? – powiedział Bardal.

- No wiem, wiem… ale mam przeczucie, że on chce nam przekazać coś ważnego… – Nadia wstała ciągle zastanawiając się o co może elfowi chodzić. Usiadła obok Bardala, który miał już zamknięte oczy ze zmęczenia i podkuliła nogi pod brodę.

- Bardal?

- Co znowu? – powiedział gniewnie, ponieważ sen już go morzył, a dziewczyna ciągle nie dawała mu spać.

- Jest tu gdzieś niedaleko jakieś większe miasto? – zagadnęła tonem przesadnie obojętnym co nie uszło uwadze krasnoluda. Odwrócił, więc raptownie głowę w jej stronę i próbował wzrokiem wybić z jej myśli kolejny pomysł.

- Może… a co? – powiedział niepewnym głosem, ponieważ nie wiedział na jak niebezpieczną rozmowę się zanosi.

- A jest niedaleko?

- Nadia. Psiakrew! Co znów strzeliło ci do głowy? – warknął na nią niezadowolony.

- A więc jest? – dopytywała się ciągle zbyt obojętnym głosem patrząc się na swoje brudne paznokcie.

- Tak, jest tu niedaleko miasto – odpowiedział zrezygnowany, ponieważ chciał już zakończyć tą rozmowę i iść w końcu spać – gadają na nie ponoć… niech no se przypomnę… Serrinville.

- A jest tam… biblioteka? – Spojrzała na krasnoluda błyszczącymi z entuzjazmu oczyma.

- Być może…Nadia o c…

- A gdzie się znajduje to Serrinville? – dopytywała się z coraz to większą uciechą. Bardal westchnął głośno. Wiedział, że jeżeli nie udzieli jej odpowiedzi ta nie da mu zasnąć. Brakowało mu sił na dalsze zastanawianie się co znów ta dziewczyna knuje, więc poddał się i powiedział.

- Kilka godzin stąd na południowy-zachód. Powiesz mi w końcu o co… – Nadia nie dała mu dokończyć. Pocałowała go w zarośnięty polik i ruszyła szybkim krokiem w stronę swojego wierzchowca. – Hej! Gdzie ty się wybierasz! – wrzasnął za nią i próbował się podźwignąć na nogi, lecz wielki brzuch i zmęczenie mu na to nie pozwoliło, więc klapnął z powrotem na miejsce. – Psiakrew… Mistrz Array by mnie zatłukł. – Zamknął jednak oczy słysząc tylko oddalający się tętent kopyt i zasnął w mgnieniu oka wiedząc tylko, że gdy się obudzi będzie na siebie wściekły, że nie popędził za Smoczą Siostrą. Nadia w tym czasie pędziła w kierunku południowo-zachodnim przez gęsty las, aby zdążyć na otwarcie bramy dla przybywających. Po Wielkiej Wojnie każde miasto otwierało bramę dwa razy dziennie, aby wojska mogły sprawdzić czy turyści nie są zagrożeniem. Galopowała tak już przez kilka godzin mimo zmęczenia znów nie wiedząc właściwie jaki jest tego powód. Jakaś siła ciągle podejmowała decyzje za nią. Drzewa były coraz rzadziej posadzone co oznaczało, że zbliża się do wylotu lasu. Widząc jasne światło słoneczne w oddali pognała w tym kierunku jeszcze prędzej, aby wydostać się wreszcie z tego klaustrofobicznego boru. Zatrzymała się nagle na kamienistej ścieżce i wyleciała z siodła obijając sobie przy tym większość ciała. Musiała to zrobić, ponieważ na drodze stanął  jej jakiś chłopczyk i nie chcąc zrobić mu krzywdy zahamowała wierzchowca tuż przed jego nosem. Wystraszony koń pognał kawałek dalej, a Nadia wstała obolała z kamieni i otrzepała się z piachu. Oprócz bolesnych obić nie zauważyła żadnych poważniejszych ran.

- Ceść! – powiedział chłopiec z szerokim uśmiechem na twarzy jakby nawet nie zauważył, że gdyby nie smoczy refleks dziewczyny zostałby stratowany końskimi kopytami. Mógł mieć może z 6-7 lat i miał poważne braki w uzębieniu co powodowało seplenienie. Umorusana buzia wyglądała uroczo wraz z wesołymi niebieskimi oczami.

- Cześć mały. Co tutaj robisz? – zapytała zdziwiona Nadia. Chłopiec zaczął przestępować z nogi na nogę, a na jego brudnej twarzyczce malowało się zakłopotanie i zdziwienie zapewne tym, że ktoś się nim zainteresował. Biedactwo! Nadii zrobiło się żal chłopca, ale nie wiedziała jak mu może pomóc, bo wszystkie pieniądze oddała wieśniakom. Ile cierpienia jest na tym świecie?!

- Chyba się tlochę zgubiłem. – Wzruszył ramionami i rozłożył szeroko ręce. – Odsedłem tlochę za daleko i nie wiem telas jak wlócić. – Nadia uśmiechnęła się do uroczego chłopca i podeszła do niego.

- Mieszkasz w Serrinville? – zapytała spokojnie, a chłopiec przytaknął energicznie skinieniem głowy. – Właśnie się tam wybieram. Chcesz się przejechać na koniu? – Chłopiec rozpromienił się i podskoczył wesoło klaszcząc w małe rączki.

- Naplawdę mogę? – Uśmiechnął się ukazując ubytki, które dodawały mu jeszcze większego uroku. Podszedł do Nadii i wyciągnął do niej ręce, aby ta go podniosła. Dziewczyna czuła się wspaniale mogąc zrobić dla tego małego chociaż taką drobnostkę. Biorąc go na ręce czuła się dziwnie dobrze. Jakby instynkt macierzyński się w niej obudził. Szła z nim w kierunku wierzchowca zagadując go przyjaźnie.

- Lubisz konie? – Spojrzała na twarz chłopca co spowodowało, że potknęła się na wystającym kamieniu. Mały zaczął się śmiać chrumkając czasami jak świnka. Nadia nie mogła przestać się uśmiechać widząc dziecko, które pomimo ciężkiego losu jest takie szczęśliwe i cieszy się z najdrobniejszych rzeczy.

- Tlochę lubię – odpowiedział – jak mas na imię? – Uwielbiała beztroskę i ciekawość dzieci. Choć nigdy z żadnym nie rozmawiała tak długo jak z tym chłopcem, ale pamiętała, że w Kedarn przyglądała się dzieciom, które bawiły się w 100 różnych gier dziennie. Lecz tamte pociechy nie miały tak ciężkiego życia jak niesiony przez nią chłopiec. Zawsze były czyste, najedzone i dobrze ubrane. Miały także czas na zabawę, bo rodzice nie zaganiali ich od najmłodszych lat do pracy.

- Nadia. – Patrzyła raz na chłopca raz pod nogi, aby znów się nie potknąć. Podeszli już do konia i usadowiła dokładnie uradowanego podrostka w siodle.

- Tlochę dziwne. – Zmarszczył brwi zaciekawiony.

- A ty mały jak masz na imię? – Ruszyli wolno, aby chłopiec nie spadł z konia.

- Selim – powiedział sepleniąc się bardzo.

- Selim? – Chłopiec pokręcił przecząco głową. – Serim?

- Nie! – Zaśmiał się. – Sse-llim. Nie lozumies?

- Ach Szerim! – Uśmiechnęła się przyjaźnie do brzdąca. – Trochę dziwne. – Chłopiec zaśmiał się wesoło znów chrumkając jak świnka.

- Po co jedzies do Sellinville? – zapytał ciekawskim głosem.

- Szukam biblioteki. Jest tam?

- Tlochę jest! – Uśmiechnął się mogąc pochwalić się wiedzą. Nadia zaśmiała się. Uroczy chłopiec! – Pats! – Mały wskazał palcem na drewniany drogowskaz z napisem „Witamy w Serrinville!” – Zalas będziemy w miescie. – Opluł się nieznacznie i szybkim ruchem ręki wytarł ślinę z buzi czerwieniąc się nieśmiało. Nadia udawała, że nic nie zauważyła, aby nie robić mu przykrości.

—————————-
Słaby rozdział. Wydaje mi się, że będe musiała go poprawić wiele razy… kompletnie mi się nie podoba, ale może ktoś z Was powie mi konkretnie co w nim jest nie tak i co powinnam zmienić?

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Rozdział VI

Mistrz Maru zdążył przyczepić do nóżki ptaka kawałek papieru i wypuścić go w nocne niebo, kiedy do jego pracowni wszedł Przeor Świątyni Bogini Falenny, który złożył wizytę Wysłannikom Bogini Falenny w Kedarn. Był to starszy człowiek z siwymi włosami i brodą oraz czarnymi jak węgiel oczyma. Ubrany był w czerwony strój mnicha jak każdy Brat w Świątyni Bogini Falenny w Kedarn.

- Witaj Mistrzu Maru, Medyku Świata. – Skłonił lekko głowę na znak szacunku, lecz w jego oczach widniała czysta nienawiść – do kogo był ten list?

- Miło mi gościć Przeora Lucjana w moich skromnych progach – powiedział beznamiętnie. Nienawidził, kiedy ktoś pytał o jego prywatne sprawy, a niestety Przeor był tak ważną personą, że nie mógł przemilczeć i nie odpowiedzieć – przyjaciel zza Mrocznego Oceanu potrzebował przepisu na miksturę leczniczą.

- Doprawdy? – Przeor obrzucił swego podopiecznego świdrującym spojrzeniem, lecz nie wyczytał niczego z twarzy Mistrza Maru, co mogłoby świadczyć o jego zdradzie. Wiedział bowiem, że Smocza Siostra była mu bliską osobą i obawiał się, że sympatia Medyka do owej przeklętej dziewczyny okaże się silniejsza. Mistrz Maru milczał, bo zawsze wychodził z założenia, że winny się tłumaczy, a nie chciał niczego odkrywać przed tym człowiekiem. Stali tak w milczeniu przeszywając się nawzajem nienawistnymi spojrzeniami, aż w końcu Przeor Lucjan uśmiechnął się do Mistrza i powiedział.

- Mam nadzieję, że w pismach nie będzie wzmianki o użyciu broni przez moich podopiecznych albowiem wiem, że to ty Mistrzu prowadzisz Księgi z życia Świątyni. – Usiadł bez pozwolenia w wygodnym krześle przed biurkiem Medyka. Kolejna rzecz, której Mistrz Maru nienawidził.

- Miałem nadzieję, że Przeor nie będzie ukrywał takich zdarzeń, w końcu Kodeks Bogini Falenny mówi…

- Wiem, co mówi Kodeks, ponieważ sam go napisałem – przerwał mu ozięble – wymagam od ciebie Mistrzu, abyś nagiął trochę zasady i przemilczał tę wzmiankę o przemocy tak samo jak to zrobiłeś w sprawie śmierci tej służki.

- Przykro mi mój drogi Przeorze, ale nie sprzeciwię się woli mojej Bogini kolejny raz – powiedział stanowczo Mistrz Maru.

- Och widzę, że ostatnie wydarzenia zmieniły Mistrza nie do poznania. – Uśmiechnął się zajadle. Nienawidził nieposłuszeństwa ze strony swoich podopiecznych.

- Nie tak jak Przeora. – odwzajemnił nieszczery uśmiech. Przeor Lucjan wstał i podszedł do Medyka, lecz teraz już się nie uśmiechał, a w jego czarnych oczach błyskały iskierki gniewu i nienawiści.

- Skoro nie jesteś mi posłuszny i nie wykonujesz moich poleceń to tym samym nie jesteś mi już więcej do niczego potrzebny, a wręcz będziesz mi tylko przeszkadzał – mówił szeptem, aby żaden z braci przechodzących przez korytarz nie usłyszał jego słów. Podszedł bliżej Mistrza Maru i wyciągnął coś zza mnisiego stroju – nie zmienisz zdania Mistrzu Maru, Medyku Świata? – Mnich nie odpowiedział od razu. Zastanawiał się nad prawdziwością gróźb rzucanych przez Przeora Lucjusza.

- Przykro mi mój drogi Przeorze. Nie ugnę się…

- A więc daje ci wybór – przerwał mu – sam wyskoczysz przez to okno pozorując samobójstwo po stracie swojego ukochanego przyjaciela… tego szkodnika Mistrza Array’a. – W tym momencie przyłożył coś zimnego i stalowego do gardła Mistrza Maru i ciągnął dalej – lub ja ci w tym pomogę i obiecuję, że moja propozycja jest bardziej bolesna. – Medyk nie okazywał strachu, lecz jego serce biło nienaturalnie szybko. Nie wiedział co począć. Mam tylko nadzieję, że Nadia mi wybaczy, abym mógł spokojnie żyć wiecznie – pomyślał i wyskoczył przez otwarte okno modląc się do Bogini Falenny. Nie krzyczał, nie rozpaczał, był z siebie dumny, że się nie ugiął.

 

***

 

Nadia z Bardalem przemieszczali się na kasztanowych wierzchowcach, które wcześniej krasnoludy zaprowadziły i skryły w wyznaczonym miejscu w ramach planu. Bardal prowadził za wodze jednego z koni, którego powinien dosiadać jego brat, Belor. Nadia widziała, że krasnolud pomimo wiary zachowywał się inaczej niż zwykle. Nie żartował, nie dokuczał i był jakiś markotny choć upierał się, że to przez skwar, ale Nadia nie zagłębiała się dalej w ten drażliwy dla nich obu temat, ponieważ sama nienajlepiej się czuła. Obwiniała się za śmierć Belora, Eris i Mistrza Array’a, którego list przeczytała jeszcze kilkakrotnie i za każdym razem czuła ten sam ból w sercu.

-Prr…- Bardal zatrzymał się na piaszczystej drodze prowadzącej do małej wioski, która nawet nie posiadała nazwy. Nadia nagłym zrywem poszła w ślady krasnoluda i wstrzymała konia – słyszysz to? – Nadia wytężyła słuch, który za sprawą przemiany w Smoczą Siostrę miała bardzo wyczulony, lecz brak koncentracji spowodowany ostatnimi wydarzeniami ciągle rozpraszał jej nowo odkryte możliwości.

- Tam coś się dzieje – Nadia wskazała skinieniem głowy na kilka budynków tworzących bezimienną wioskę. – podejdźmy bliżej – dziewczyna zeskoczyła z wierzchowca z gracją jakby od lat jeździła konno choć tak naprawdę był to jej pierwszy raz. Coraz bardziej zadziwiały ją nowe umiejętności, które zaczęły zmieniać ją nie do poznania.

- Jesteś tego pewna? – powiedział bez przekonania i z lekką obawą w głosie – powinniśmy się trzymać ustalonej trasy.

- Mam wrażenie, że dzieje się tam coś złego. Chodźmy proszę – przywiązała swojego konia do przydrożnego drzewa i ruszyła w stronę hałasu. Bardal niepewnie spoglądał w kierunku zgiełku, lecz nie miał zbyt dużego wyboru. Mógł tu zostać i poczekać na Nadię czego na pewno Mistrz Array by nie pochwalił lub iść za dziewczyną i chronić ją przed możliwym niebezpieczeństwem. Wybór był jasny, więc zsunął się niezdarnie z wierzchowca i przywiązał go do tego samego drzewa co Nadia. Z koniem Belora zrobił dokładnie to samo i ruszył pośpiesznie, aby móc dogonić Smoczą Siostrę. Kiedy przekroczyli teren za budynkami zauważyli krzyczący tłum wieśniaków w starych, poszarpanych łachmanach wymachujących wściekle widłami i grabiami w stronę mężczyzny leżącego w kałuży własnej krwi. Nadia nie wiedząc jaka siła nią pcha przebiła się przez dziki tłum i podeszła do grubego rolnika, który zapewne był sprawcą cierpienia leżącego człowieka.

- Co tutaj się dzieje? – zapytała gniewnie tym samym zwracając na siebie uwagę grubego wieśniaka.

- Odmieniec! – rolnik odskoczył i wycelował widłami w niecodzienne lico dziewczyny, a na jego twarzy malowało się przerażenie – gin poczwaro! – Nadii nie przeszło nawet przez myśl, aby się bronić czy atakować, ponieważ nowa smocza intuicja podpowiadała jej, że nikt w tym miejscu nie skrzywdzi ani jej ani Bardala jeżeli dobrze to rozegra. Czego takim biednym wieśniakom jak oni brakuje? Jak zdobyć ich przychylność nie uciekając się do przemocy? Bogini Falenno pomóż mi proszę, abym nie musiała krzywdzić tych ludzi.

- Bardalu podaj mi proszę swoją sakiewkę – wyciągnęła rękę w stronę krasnoluda, lecz wzrok miała ciągle skierowany na wystraszonego wieśniaka, u którego coś się zmieniło w wyrazie twarzy, kiedy wypowiedziała słowo „sakiewka”. Strzał w 10!

- Co? Po co? – zapytał zdziwiony Bardal.

- Podaj mi proszę sakiewkę – powiedziała pewnym głosem o jaki by siebie nigdy nie podejrzewała. Usłyszała brzęk monet, gdy Bardal włożył w jej dłoń ich jedyne pieniądze – Masz – rzuciła mieszek w stronę rolnika, którego twarz pojaśniała jeszcze bardziej, gdy poczuł w swoich grubych, brudnych dłoniach pękatą sakwę. Odrzucił widły i miętosił w rękach mieszek z szaleńczym uśmiechem napawając się dźwiękiem obijających się o siebie monet.

- Co ty robisz do cholery?! – wrzasnął Bardal – to nasze jedyne pieniądze! Za co teraz kupimy żarcie i posłanie? – szarpnął dziewczynę za ramię.

- Bardalu zamknij się – powiedziała spokojnym głosem. Nie chciała psuć chwili, która być może przeważyła szalę zwycięstwa na jej stronę i przybliżyła do celu, jakim było uratowanie wykrwawiającego się mężczyzny.

- Tak… tak. Pan się zamknie, a droga pani powie czego chce w zamian – odezwał się rolnik, który płaszczył się pod nogami Smoczej Siostry z szerokim uśmiechem na umorusanej twarzy. Nadia wiedziała jak wieśniacy cenią złoto i jak łatwo ich przekupić. Dopiero w tej chwili doszło do niej, że wszyscy rolnicy zgromadzeni wokół nich przyglądają się jej jakby widzieli w niej swoją Boginię.

- Chcę tylko abyś uwolnił tego człowieka – wskazała palcem na nieprzytomnego mężczyznę.

- Nie! Wszystko tylko nie to pani! On odmieniec. On złodziej i podpalacz. Kara czeka go sroga! – w jego oczach zabłysły iskry gniewu, a tłum jak na komendę ryknął głośno wymachując narzędziami.

- A macie na to dowody? – zapytała nonszalancko, aby nie stracić zaufania i przychylności rolnika.

- Eee… no nie… ale to odmieniec! Tak jak już mówiłem prze pani – odpowiedział płaszcząc się jeszcze niżej. Nadia nie mogła patrzeć na ten widok. Czuła się winna, że tak traktuje tego wieśniaka, ale nie widziała innego wyjścia. Z bólem serca ciągła zagrywkę dalej.

- Mnie też przed chwilą nazwałeś odmieńcem, a przecież…

- Ale pani to dobra jest! – przerwał jej rolnik podskakując jak tresowany pies co spowodowało kolejny brzęk monet wywołując tym samym ryk radości wśród tłumu.

- A więc nie uwolnisz go? – zapytała z udawanym smutkiem.

- Nie! Wszystko tylko nie to droga pani – skłonił się nisko. Co pieniądze robią z ludźmi - pomyślała Nadia żałując wieśniaka, lecz grała dalej chcąc uratować mężczyznę sama nie wiedząc dlaczego.

- Skoro tak to niestety, ale muszę zabrać z powrotem moje monety za które zapewne wybudowałbyś wspaniałą chałupę i kupił sporo ziemi. Do twych oczu już nigdy nie zajrzałaby śmierć ani głód…

- Nie! Proszę nie zabieraj mi tych pieniędzy, tego bogactwa… – powiedział trzęsącym się głosem przytulając do siebie sakiewkę. Wyglądał przy tym jak szaleniec co jeszcze bardziej zaniepokoiło i wzruszyło Nadię – weź go! Odmieniec jest niewinny…- powiedział wydając ostateczny osąd i odbiegł wraz z tłumem do największego budynku, który zapewne był pomieszczeniem sypialnianym.

- Posrało cię do reszty Nadia… – powiedział Bardal. Lecz w jego głosie nie było słychać gniewu. Pojął wreszcie o co chodziło dziewczynie i naprawdę był pod wielkim wrażeniem, bo on sam by nie wpadł na taki plan – wystarczyłoby kilka miedziaków i ten cały odmieniec byłby wolny.

- Przestań. Tym wieśniakom bardziej są potrzebne pieniądze niż nam – podeszła do nieprzytomnego człowieka i kucnęła przy nim razem z Bardalem.

- A tak właściwie to po kiego grzyba go ratowałaś?

- Nie wiem Bardal. Sama nie wiem…

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | 12 komentarzy

Rozdział V cz.II

Wychodząc z fortecy powolnym tempem uważała na każdy stawiany krok, aby nie narobić niepotrzebnego hałasu. W pewnym momencie usłyszała jakieś głosy dochodzące spod Głównej Bramy. Schowała się, więc za dużym wozem pełnym worków prawdopodobnie z pszenicą od zakonników z Dworu Epongrana, którzy byli nie tylko mistrzami w magii, ale także w rolnictwie i ogrodnictwie.

- Cicho Belor, bo zara któryś z braciszków nas przyuważy… – Usłyszała głos Bardala, który próbował mówić szeptem, właśnie PRÓBOWAŁ. Na Boginię, czy oni naprawdę nie wiedzą, że tak hałasują? Podeszła niezauważona do głośnych krasnoludów, którzy teraz zaczęli się szarpać uciszając siebie nawzajem.

- Zamknijcie się obaj! – szepnęła wściekła Nadia. Belor tak się wystraszył, że wpadł głośno piszcząc w stojące nieopodal pancerze i miecze wystawione przez kowala na sprzedaż. W Kedarn nie było złodziejaszków i nikt nigdy nikogo nie okradł, więc tutejsi sprzedawcy bez obaw pozostawiali swoje towary nocą przed drzwiami swoich pracowni. Belor pakując się ogromnym cielskiem w stertę blach narobił takiego zamieszania, że wszystkie ptaki w obrębie kilkunastu jardów wzleciały wysoko w czarne niebo głośno trzepocąc swymi skrzydłami. No nie! Teraz to już na pewno wiedzą o naszej obecności – pomyślała Nadia choć widok krasnoluda rzucającego się pomiędzy zbrojami i orężem bardzo by ją rozbawił gdyby nie to, że nie było teraz czasu na żartowanie, ale także ogromny ból w sercu po stracie Mistrza nie pozwalał na to, aby na jej twarzy zakwitł choćby maleńki uśmiech.

- Co za bęcwał! – powiedział przez zęby Bardal i podszedł do brata, aby pomóc mu wygramolić się spomiędzy pancerzy. Nagły świst strzał zadziałał na Nadię jak zastrzyk adrenaliny i mimowolnie natężyła umysł, aby wycelować kule czerwono-pomarańczowego ognia w lecące na szarpiących się krasnoludów pociski. Niestety nieopanowane dość dobrze umiejętności Nadii nie zdołały powstrzymać wszystkich strzał i kilka cienkich pręcików zakończonych kruczymi piórami sterczało teraz z ciał krasnoludów. Psiakrew! – zganiła siebie Nadia za to, że nie potrafiła porządnie obronić kompanów. Pozostałe pociski leżały pod nogami krasnoludów w postaci czarnego prochu i dogasały powoli skwiercząc i dymiąc na siwo.

- Szybko! Za wóz! – wrzasnęła Nadia. Bardal próbował pomóc bratu, lecz kolejna kaskada wrogich pocisków zmusiła go do pozostawienia go w miejscu i sam chowając się za Smoczą Siostrę powiedział.

- Dostał prosto w środek piersi. – Miał słaby głos i opuszczoną lekko głowę. Nadia paliła kolejne strzały lecące na Belora, lecz wiedziała, że to już jest bez znaczenia – musimy wiać. Zostawmy go i tak już mu nie pomożemy. – Szarpnął dziewczynę za ramię tym samym przerywając jej obronę – Nadia, on już jest martwy. Chodźmy już, bo my także skończymy jak Belor. – Nadia odwróciła się w stronę Bardala nie wiedząc nawet, że płacze. Była zdziwiona, że krasnolud nie rozpacza. Wiedziała, że Bardal jest silny i wytrzymały, ale w końcu to był jego brat! Ile jeszcze osób zginie abym mogła żyć ja? Dziewczyna nie czuła nawet, że krasnolud prowadzi ją jakimiś zaułkami pogrążonymi w całkowitej ciemności. Musieli mieć już ułożony plan i przechodzić tędy wiele razy skoro nie potrzebują… nie potrzebuje oświetlenia. Szli w napięciu mijając kolejne zakręty obawiając się, że za moment z następnego rogu ktoś wyskoczy i ich zaatakuje. Lecz Nadia słyszała tylko bicie własnego serca i ciche jęki Bardala, kiedy ten wyciągał z siebie strzały. Najprawdopodobniej były to pociski zaprojektowane przez Mistrza Array’a zakończone grotem, który rozwierał ostre nożyki będąc w ciele atakowanego, co nie pozwalało na wyciągnięcie strzały bez nienaruszenia ciała. Bardal mógł się tylko cieszyć, że nie ucierpiał od innego projektu Mistrza Array’a, który zawierał podwójnie śmiertelną dawkę trucizny, która po kilku sekundach tkwienia w ciele rozprowadzała się po krwioobiegu i powodowała nagłą śmierć. Krasnolud już by był martwy gdyby został zaatakowany takimi strzałami, lecz były przypadki, że niektórzy wychodzili z tego żywi tylko odczuwając wysoką gorączkę. Maszerowali tak w nieskończoność, a przynajmniej Nadii się tak wydawało, aż w końcu wyszli na skraj małej polany oświetlonej tylko blaskiem księżyca. Przebiegli szybkim tempem przez łąkę i weszli w ciemny las, błądząc w milczeniu między drzewami. Od czasu do czasu, któreś z nich podskakiwało nerwowo mając wrażenie, że przerażające cienie rzucane przez krzewy i liście to jeden z Wysłanników Bogini Falenny. Wbrew pozorom masywny Bardal przemieszczał się po lesie bezszelestnie, czego nie można było powiedzieć o przerażonej i nadal zszokowanej Nadii. Prawdopodobnie wdepnęła na każdy szeleszczący, suchy liść i na każdą łamiącą się hałaśliwie pod stopami gałązkę, którą mijali po drodze. Zatrzymali się dopiero po kilku godzinach marszu, gdy jasne słońce zaczęło przebijać się przez konary drzew.

Oddalili się od fortecy na wystarczająco bezpieczną odległość, aby rozbić obóz i odpocząć. Przygnębiona Nadia siedziała na ziemi oparta o pień dębu, który skutecznie chronił przed piekącymi promieniami słonecznymi. Wpatrywała się beznamiętnie w krzątającego się Bardala owiniętego tkaniną z własnych rękawów koszuli w miejscach postrzału, który rozpalał ognisko, aby upichcić upolowane zwierzę.

- Nadia… weź to. – Wyciągnął dłoń przed nosem dziewczyny z przypieczonym nieco za bardzo kawałkiem mięsa – musisz coś zjeść.

- Kiedy ja nie chce… – powiedziała zachrypłym i pozbawionym jakichkolwiek emocji głosem.

- Weź się w garść! Nie zachowuj się jak dziecko… – krzyknął zezłoszczony rzucając kawałkiem mięsa w ognisko.

- Weź się w garść?! – Jak on mógł? – Weź się w garść?! – powiedziała głośno, bo na krzyk nie mogła sobie pozwolić, kiedy głos nie funkcjonował prawidłowo – żartujesz sobie?! – Nadia wstała gwałtownie z miejsca nie zważając na ból w ścierpniętych nogach i spojrzała gniewnie na Bardala – twój brat właśnie zginął, a ty zachowujesz się jakby nic się nie stało! Mistrz Array i moja służąca także nie żyją i pewnie jeszcze wielu innych ludzi, którzy mi pomogli i ty mówisz, że mam się wziąć w garść?! Przecież to moja wina! – Zaczęła chodzić nerwowo w te i z powrotem – czy ty nie zdajesz sobie sprawy jak poważna jest sytuacja?!

- Pan…

- Zamknij się! – przerwała mu Nadia – Wysłannicy Bogini Falenny do nas strzelali, a przecież każdy przygłup wie, że nie mogą używać przemocy chyba, że zagraża im ogromne niebezpieczeństwo! A czy ja wyglądam na groźną?! – Zatrzymała się sapiąc gniewnie i łypiąc spode łba na krasnoluda.

- No wiesz… jesteś nieco… inna… – powiedział trochę zmieszany.

- Ty też uważasz, że mogę być groźna? – Nadia usiadła zrezygnowana z powrotem na swoje miejsce, a koło niej przysiadł się Bardal. Siedzieli chwilę w milczeniu, aby emocje opadły, kiedy krasnolud odezwał się poważnym głosem.

- Panienko, my krasnoludy inaczej postrzegamy śmierć. Dla nas to nie jest koniec życia tylko początek tak jakby kolejnego rozdziały czy coś… – mówił niezdarnie, jak zawsze, kiedy tematem było coś poważnego – żaden krasnolud nie może rozpaczać po stracie najbliższych. Może jedynie się radować, że zmarła osoba jest już z Boginią Falenną i z resztą nieżyjącej już rodziny. Może to wydawać się dla was ludzi dziwne, ale taka jest nasza, krasnoludzka wiara – Nadia spojrzała na Bardala. Żałowała słów, które wypowiedziała pod wpływem emocji, ponieważ nawet nie wzięła pod uwagę, że przecież krasnoludy cieszą się z rzeczy nad którymi ludzie rozpaczają.

- Przepraszam. Nie zdawałam sobie z tego sprawy… – powiedziała zawstydzona Nadia.

- No… – Podniósł się z wielkim trudem i podszedł do ogniska – dobra… to teraz musisz coś zjeść i ruszamy w drogę.

- Jaką drogę?

- Nie przeczytałaś listu od Mistrza Array’a?

- Do licha! Całkiem o nim zapomniałam. – Wyciągnęła pomięty kawałek papieru i rozłożyła go delikatnie. Od razu rozpoznała piękne pismo mentora i zauważyła także, że w niektórych miejscach litery są zamazane tak jakby Mistrz płakał, kiedy to pisał. Wzruszyło ją to bardzo, lecz odetchnęła głęboko, aby powstrzymać napływające do oczu łzy i zbliżające się drgawki.

 

Droga Nadio

 

Przykro mi z powodu ostatnich wydarzeń przez, które musiałaś przejść. Byłaś w niebezpieczeństwie już od swoich narodzin, a Twoja niezwykła przemiana niestety pogorszyła sytuację. Jeśli czytasz ten list to zapewne jestem już u boku Bogini Falenny i będę spoglądał na Twoje dokonania z niebios. Wybacz mi, że nie zdołałem powstrzymać tych przykrych zdarzeń, a tym samym Cię ochronić przed cierpieniem. Zaplanowałem Twoją ucieczkę razem z Bardalem i Belorem, którzy będą przy Twym boku do końca Twej podróży. Nie miej do nich żalu jeżeli będą przekładać Twoje życie nad swoje, ponieważ ich zadaniem jest kontynuowanie mojej ochrony. Wybierz się, więc do Dworu Epongrana, a otrzymasz tam pomoc w szkoleniu, ale także wskazówki potrzebne do dalszej podróży. Wierzę, że odnajdziesz swojego ojca i swoje przeznaczenie. Byłaś moją najlepszą uczennicą i kocham Cię jak własną córkę. Bądź dobra.

 

Niech Nas Błogosławi Bogini Falenna

Twój oddany Mentor, Mistrz Array

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , , , , | 6 komentarzy

Rozdział V cz.I

Wstawaj! Szybko do cholery! – Eris próbowała obudzić Nadię, lecz dopiero po kilku naprawdę mocnych potrząśnięciach dziewczyna otworzyła swoje smocze oczy i powiedziała zaspanym głosem.

- C… co się dzieje? – Podniosła się na łokciach i spojrzała na zaniepokojoną przyjaciółkę, a potem na drewnianą komodę. Klepsydra wskazywała 4 w nocy. Co Eris robi tak późno w jej pokoju? Bo na pewno nie przyszła sprzątać.

- Musisz uciekać! Wstawaj!

- Eris uspokój się i powiedz mi co się stało?

- Uciekaj stąd jak najprędzej. – Zaczęła roztrzęsionym głosem – szłam akurat do Mistrza Array’a, aby sprawdzić czy mu niczego nie brakuje i przechodząc obok drzwi komnaty Mistrza Maru usłyszałam coś, czego chyba nie powinnam była usłyszeć. – Do jej oczu napłynęły łzy, złapała Nadię za rękę i mówiła dalej – było tam także kilku innych wysłanników Bogini Falenny. Rozmawiali o tym jak… – Eris zaczęła rzewnie płakać i już po kilku chwilach była cała usmarkana. Nadia widząc przyjaciółkę w tak biednym stanie wstała z łóżka, wyciągnęła z komody małą, beżową tkaninę i podała ją służącej. Usiadła delikatnie obok niej i przytuliła ją z czułością. Po kilku minutach Eris uspokoiła się trochę i wytarła nos w tkaninę – Nadio, oni rozmawiali o tym… jak zabić Mistrza Array’a…

- Co?! To niemożliwe. Mistrz Maru nie zrobiłby tego.

- Byłam później u Mistrza Array’a i opowiedziałam mu o wydarzeniu w komnacie medyka. Nie był nawet zdziwiony, podobno Mistrz Maru już wcześniej się odgrażał. Chcą wykorzystać wypadek, który spowodowałaś. W pismach będzie widniało, że rozległe oparzenia spowodowały śmierć. – Eris głaskała bladą rękę przyjaciółki, wiedząc, w jakiej jest ona sytuacji niczego innego nie mogła zrobić jak tylko ją wspierać.

- To niemożliwe… – powiedziała Nadia cichym i beznamiętnym głosem. W sercu czuła ogromny ból, ponieważ zawsze uważała Mistrza Maru za najbardziej przyjaznego i dobrotliwego Wysłannika Bogini Falenny. Już, kiedy Nadia była dzieckiem stali się przyjaciółmi. Nie mogę uwierzyć, że wszystko jest przeciwko mnie! To dlatego Mistrz Maru tak się zachowywał w Stronie Leczniczej, kiedy odwiedziłam Mistrza Array’a. On naprawdę uważa mnie za… przeklętą i za wszelką cenę stara się pokrzyżować plany, które ułożył dla mnie mój mentor.

- Halo, Nadia jesteś tam?

- Przepraszam Eris, zamyśliłam się. – Nie patrzyła w oczy przyjaciółki. Nie chciała, aby ta się o nią zamartwiała.

- Musisz uciekać z fortecy…

- Co? Nie! Nie mogę zostawić Mistrza Array’a na pewną śmierć. – Wydarła swoją rękę z uścisku służącej jakby te wszystkie okropne wydarzenia były jej zasługą i popatrzyła spode łba na przyjaciółkę.

- Nadio nie patrz tak na mnie! To jest polecenie Mistrza Array’a i ja tylko przekazuje ci jego słowa.

- Przepraszam. Masz rację. Musze stąd uciec, ale musze także zabrać ze sobą mojego mentora! Nie poradzę sobie bez pomocy Mistrza Arry’a – powiedziała trzęsącym się głosem, jakby zaraz miała się rozpłakać, lecz ani jedna łza nie popłynęła z jej oczu. Była zbyt zszokowana i wystraszona, aby teraz rozpaczać. Zaczęła się trząść jak zawsze, kiedy się denerwowała.

- Mistrz Array dał mi list do ciebie i powiedział, że masz się spotkać przy Głównej Bramie z Bardalem i Belorem o 4.30. Przykro mi, ale dla Mistrza Array’a nie ma już ratunku. Zapewne medyk podał mu jakąś truciznę zamiast jego leku i… – Eris opuściła głowę, a łzy kapały na jej kolana – naprawdę bardzo mi przykro…

- Gdzie jest ten list? – Ból nie pozwalał Nadii na rozmowę o prawdopodobnej śmierci jej ukochanego mentora.

- Ach tak… – Służąca wyciągnęła kawałek papieru z kieszeni z podartych i brudnych spodni – proszę. – Podała zwitek przyjaciółce – Nadio pośpiesz się. Dochodzi już godzina spotkania.

- Tak. Masz rację. – Ubrała się pośpiesznie w najwygodniejsze rzeczy jakie miała w komodzie, zabrała swój miecz i pochwę zostawiając pancerz na miejscu, ponieważ nie miała czasu na poprawne założenie go i wiedziała także, że w pełnej zbroi poruszałaby się wolniej niż ślimak, a w tym momencie prędkość była najważniejsza. Ruszyła szybkim krokiem w stronę drzwi, lecz zatrzymała się w połowie drogi i odwróciła się do przyjaciółki.

- Eris… a co będzie z tobą? Przecież jesteś… byłaś moją służącą. Ty także nie jesteś tutaj bezpieczna – powiedziała Nadia z troską i podeszła do przyjaciółki.

- Poradzę sobie. – Uśmiechnęła się blado. Wiedziała bowiem, że zginie, kiedy tylko Nadia przekroczy mury fortecy.

- Eris, ucieknij proszę ze mną – powiedziała błagalnym głosem – Nie chcę, aby ci się coś stało!

- Dam sobie radę. Przecież wiesz, że nie mogę stąd odejść… Przysięgałam na samą Boginię Falennę, że nie opuszczę swojego miejsca pracy do końca życia lub do wyższego mianowania. Gdybym uciekła król zabiłby całą moją rodzinę. Nie mogę im tego zrobić. – Nadia z oczami pełnymi łez przytuliła mocno przyjaciółkę – musisz się pośpieszyć, bo Bardal z Belorem pewnie już na ciebie czekają. Obiecaj mi coś proszę…

- Wszystko co tylko zechcesz.

- Wygraj tą wojnę. Dla mnie i dla wszystkich, którzy wierzą w twoją moc.

- Obiecuję! Zawsze będziesz moją najlepszą przyjaciółką Eris. Nigdy cie nie zapomnę.

- Ja ciebie również Nadio. Biegnij już proszę! Pokaż im wszystkim na co cię stać! – Nadia wybiegła pośpiesznie z komnaty, wiedząc, że gdyby została tam jeszcze chwilę dłużej to zabrałaby przyjaciółkę ze sobą choćby siłą. Zatrzymała się na ułamek sekundy przy drzwiach do Strony Leczniczej, zdając sobie nagle sprawę, że już nie pomoże Mistrzowi Array’owi, a wejście tam byłoby zbyt ryzykowne i mogłaby pogorszyć i tak już beznadziejną sytuację. Położyła więc tylko dłoń na sercu i powiedziała.

- Niech Nas Błogosławi Bogini Falenna. – Skłoniła lekko głowę, a łzy kapały na jej skórzane buty i kamienną posadzkę – był Mistrz moim prawdziwym ojcem. – Nie zwlekając ani chwili dłużej, otarła rękawem mokre oczy i pobiegła na spotkanie z krasnoludami. Co tu tak cicho? Dziwiła się, że wszystkie korytarze są puste, bo zawsze o tej godzinie można było spotkać kilku zakonników lub służących. 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | 5 komentarzy

Rozdział IV cz.II

Delikatnie otworzyła drzwi i zajrzała przez szparę, aby móc szybko się wycofać gdyby nie mogła patrzeć na ciężko rannego mentora. Na szczęście Mistrz spał spokojnie w wielkim łóżku po prawej stronie izby owinięty białą tkaniną aż po szyję, a Mistrz Maru tworzył jakiś napój przy swoim ogromnym, drewnianym biurku. Podeszła niepostrzeżenie do nauczyciela i złapała go za dłoń. Łzy samoistnie spływały jej po
policzkach i zostawiały mokre plamy na tkaninie, którą Mistrz był owinięty.

- Przepraszam – powiedziała szeptem, a Mistrz Maru odwrócił wzrok od swojej pracy i spojrzał na uczennice.

- Nadio kiedy tu weszłaś? Nie widziałem cie. – Jego głos był beznamiętny co nie pasowało do codziennej beztroskiej radości Mistrza Maru.

- Przed chwilą. Jak Mistrz się czuje? Mogę z nim porozmawiać? – zakonnik wstał i podszedł do dziewczyny nie patrząc na nią. Miał srogą minę i zaciśnięte pięści z nerwów. Mistrz Maru chyba się na mnie gniewa za to co zrobiłam mojemu mentorowi – Pomyślała z bólem Nadia.

- Mistrz musi odpoczywać, a ciebie nie powinno tutaj być. Jeżeli znów spowodujesz wypadek może być znacznie gorzej. – Nadal nie patrzył na dziewczynę, lecz ton jego głosu nie należał do najmilszych co dziwiło Nadię, bo przecież Mistrz Maru ją uwielbiał i zawsze odnosił się do niej z sympatią. Teraz był zgorzkniały jak reszta wysłanników Bogini Falenny.

- Nie chciałam skrzywdzić Mistrza Array’a. Nie wiem nawet jak to się stało i …

- Nie wiesz jak to się wydarzyło, bo nie panujesz nad sowimi mocami! – Mistrz Maru wrzasnął na dziewczynę, która aż podskoczyła nie spodziewając się tego ze strony jej przyjaciela – jesteś przeklęta! – powiedział z odrazą i pokazał palcem na łuski wokół oczu Nadii.

- Co tutaj się dzieje? – Mistrz Array podniósł się na łokciach, a Nadia pośpiesznie podłożyła mentorowi poduszki, aby ten mógł swobodnie się oprzeć – Mistrzu Maru, rugasz moją podopieczną czy mi się przesłyszało? – powiedział niezadowolony.

- Tak, bo jej się należy! Mówiłem ci abyś zostawił w spokoju tą dziewczynę! Popatrz na siebie! Straciłeś wzrok, a połowa Twojego ciała nie funkcjonuje już prawidłowo!

- Mistrzu naprawdę straciłeś wzrok? – Powiedziała trzęsącym się z rozpaczy głosem, gdyż dopiero teraz zauważyła, że oczy Mistrza Array’a są blade i pozbawione tęczówki – przepraszam. To wszystko moja wina… Mistrz Maru ma rację, należało mi się.

- Nie Dziecinko – mentor szukał po omacku dłoni swojej podopiecznej – głowa do góry. – Przydusił delikatnie dłoń dziewczyny i uśmiechnął się do niej – przynajmniej teraz wiemy jak silną jesteś kobietą.

- Aż za silną! – wrzasnął Medyk – Mistrzu Array’u jeżeli ten incydent niczego cię nie nauczył będę musiał załatwić tę sprawę w inny sposób, który tobie na pewno się nie spodoba. Żegnam i liczę na to, że zmienisz swoje zdanie i już nie będziesz pomagał tej upiornej istocie! – Odwrócił się na pięcie tak szybko jak tylko pozwalała mu na to masa jego ciała i wybiegł niezdarnie ze Strony Leczniczej. Uch! Zabolało – Pomyślała Nadia.

- Nie przejmuj się Mistrzem Maru. – Uśmiechnął się bez przekonania.

- Jak mam się nie przejmować?! – Zdenerwowała się Nadia – wszyscy mnie tutaj nienawidzą i myślą, że chce ich pozabijać. – Opadła na łóżko obok mentora ze zrezygnowaną miną – a ten wypadek… pogorszył sytuację. Mistrz Maru chyba miał racje mówiąc, że jestem przeklęta.

- Nie jesteś przeklęta tylko masz więcej mocy niż się tego ktokolwiek spodziewał. – Mistrz wziął lekko dłoń Nadii – ten wypadek to także mój błąd, ponieważ mogłem się domyślić jakimi dysponujesz siłami. – Z każdym słowem głos mentora był coraz słabszy – wybacz Nadio, ale jestem wyczerpany i chciałbym teraz odpocząć.

- Dobrze Mistrzu Array’u. Odwiedzę Mistrza jutro. – Delikatnie ścisnęła owiniętą dłoń mentora, aby nie sprawić mu bólu i zabrała poduszki spod jego pleców – Niech Nas Błogosławi Bogini Falenna. – Mistrz poruszył nieznacznie ustami zapewne żegnając się z Nadią. Dziewczyna z bólem serca wyszła z pomieszczenia myśląc czy istnieje jeszcze ratunek dla jej ukochanego mentora

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | 8 komentarzy

Rozdział IV cz I

No nie! Znowu?! Nadia usiadła na wygodnym łóżku w Stronie Leczniczej. Powoli wstała i przeszła kilka kroków, lecz natychmiast poczuła zawroty głowy i zdążyła się wesprzeć o drewniany stół zanim upadła na kamienną podłogę. Czyjaś solidna ręka złapała ją za ramię i poprowadziła w stronę łóżka. Czarne plamy przed oczami zaczęły znikać, a dzwonienie w uszach było mniej natarczywe.

- Dzień Dobry panienko. Jak się panience spało? – Krasnolud miał przyjazny głos, aż za bardzo przyjazny co zaniepokoiło Nadię, lecz wyczerpanie wzięło górę i nie odezwała się od razu. Bardal włożył w jej dłoń szklankę z zimną wodą i usiadł obok niej.

- Nie narzekam, dziękuję. Bardalu co z Mistrzem Arry’em? – Nadia postanowiła nie owijać w bawełnę, bo nie wiedziała czy jej wystarczy sił na dłuższą rozmowę. Chciała także wiedzieć co stało się z jej mentorem. Kiedy go ostatnio widziała płomienie pochłaniały jego ciało. Płomienie, które ona sama najprawdopodobniej wywołała.

- Nie martw się panienko, dojdzie do siebie za jakiś czas. Mistrz Array jest wytrzymałym człekiem. – Nadia odetchnęła z ulgą, bo obawiała się najgorszego, lecz głos Bardala lekko drżał co nie wróżyło niczego dobrego. Może mówi mi tak abym się nie martwiła, a tak naprawdę Mistrz jest już z Boginią Falenną? Nie! Nie mogę tak myśleć! Mistrz Array rzeczywiście jest silnym człowiekiem i przecież Bogini Falenna go wspiera.

- Mogę się z nim zobaczyć? – zapytała trzęsącym się z nerwów, ale także z wyczerpania głosem.

- Sama musisz dojść do siebie panienko. Nie wiem nawet czy można go odwiedzać. Ten przygrubawy mnich jest przy nim, jak mu tam było… Mistrz Muru?… – Nadia pomimo zmęczenia parsknęła głośnym śmiechem, lecz chwilę później znów była smutna, ponieważ myśli o rannym Mistrzu Array’u powróciły.

- Mistrz Maru – podpowiedziała krasnoludowi dziewczyna. 

- Taa, właśnie to chciałem rzec. – Zaśmiał się cicho z własnego błędu – Mistrz Maru ciągle jest przy twoim mentorze i wydaje mi się, że jest w dobrych rękach, więc nie zamartwiaj się już tak panienko. – Krasnolud przytulił Nadię, a raczej próbował przytulić przerzucając swoją rękę na ramię dziewczyny, co musiało wyglądać co najmniej komicznie. Zmieszany Bardal czując się nieswojo i wiedząc, że Nadia chyba odczuwa to samo szybko wziął swoją rękę i poczerwieniał na twarzy – no to ten… ja będę już leciał. – Gdzie się podział ten ciągle radosny i sypiący żartami Bardal? Musiało stać się coś poważniejszego od tego co powiedział krasnolud.

- Bardalu poczekaj – Nadia złapała wstającego mężczyznę za rękę – Proszę powiedz mi prawdę. Co tak naprawdę jest Mistrzowi? – wbiła wzrok w styraną twarz krasnoluda. Ten odetchnął głośno zrezygnowany i usiadł ponownie obok dziewczyny.

- Mistrz Array nie pozwolił mi o tym gadać, ale chyba powinnaś o tym wiedzieć. – Spojrzał zmieszanym wzrokiem na swoje małe, lecz grube palce u rąk – kiedy wywołałaś płomienie… – A więc to prawda! To ja wyczarowałam ten pożar. Jak to możliwe przecież nawet się porządnie nie zagłębiłam w swój umysł! – Mistrz próbował zatrzymać cię przed rzucaniem kulami ognia, ale ty najwidoczniej byłaś w innym świecie, bo nie reagowałaś na polecenia Mistrza. Twoje ga… wybacz… twoje oczy płonęły purpurą, a dłonie okalały czerwono-pomarańczowe płomienie. Przy każdym nawet najmniejszym ruchu ręką ciskałaś czerwonymi kulami, a jedna z nich trafiła w Mistrza. – Krasnolud spojrzał na twarz Nadii pełną smutku – z Belorem zdążyliśmy na czas aby uratować Mistrzowi życie, lecz pomoc nie nadeszła tak prędko, aby całkowicie Mistrza uratować, więc płomienie uszkodziły ciało nieodwracalnie.

- Jak to nieodwracalnie?! – wrzasnęła Nadia i podniosła się gwałtownie z łóżka co spowodowało, że szklanka z wodą upadła z głośnym brzękiem na podłogę, a silne zawroty głowy zatrzymały ją przed ruszeniem w kierunku drugich drzwi w Stronie Leczniczej, gdzie prawdopodobnie leżał ciężko raniony przez nią Mistrz Array. Bardal przytrzymał dziewczynę i posadził ją delikatnie z powrotem na brzegu łóżka. Nadia czuła się podle, że spowodowała wypadek, w którym ucierpiał jej mentor. Krasnolud widząc grymas poczucia winy na twarzy dziewczyny powiedział.

- Panienko, niestety już nie cofniesz czasu i nie zmienisz biegu wydarzeń. Nikt ciebie nie obwinia za to co się stało i ty musisz się uporać z obwinianiem samej siebie. Wiele było wypadków w Świątyni, a szczególnie w Sali Lekcji Umysłu, więc nikt nie będzie cię za to karał. Twój mentor żyje i to jest teraz najważniejsze, więc przestań się mazać! Masz zadanie do wykonania i nie możesz teraz popaść w rozpacz, bo nie spełnisz swojej misji. Myślę, że nie chcesz zawieść Mistrza prawda panienko? – Zaskoczona słowami krasnoluda, który nigdy nie był taki poważny Nadia uśmiechnęła się przez łzy nadal płynące z jej oczu.

- Masz rację. Przepraszam. – Wstała powoli i zapanowała nad zawrotami głowy przytrzymując się ramienia krasnoluda – muszę wziąć się w garść i spełnić zadanie jak najlepiej. Teraz wybacz, ale muszę porozmawiać z Mistrzem Arry’em. – Ruszyła lekko chwiejącymi się krokami w stronę drugich drzwi. Bawiło ją to, że coraz częściej przypominała Mąciciela. Wiedziała, że Bardal nie będzie jej zatrzymywał, bo i tak nie zdoła.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy